2010-06-20 21:25:15 >>
365 days of change
Przypadkiem wszedłem tu dziś i tak zobaczyłem przypadkiem, że dokładnie rok minął od ostatniej notki. Takich przerw nie było tu chyba nigdy. Miesiąc, dwa - czasem sześć. Ale nigdy dwanaście. Ponury żniwiarz w tle drwi nadal z werterowskich wypocin Żołnierza Fortuny sprzed lat, popijajac śmiech soczystym koktajlem z krwi i marzeń bohatera tego bloga. Kluczem jest tu stwierdzenie "sprzed lat", gdyż ten ostatni rok raczej przywitał totalną zmianę nastawienia autora. Permanentny dół i paradepresyjne stany zastąpił najpierw cynizm, a później - według zasady "co cię nie zabije to cię wzmocni" - niewyobrażalna pewność siebie i siła woli. Te dwa składniki duchowej mieszanki Sułtana Mizantropii były też znakomitym początkiem kolejnych zmian. W ciągu roku ot tak sobie spadło mi prawie 50 kilogramów, bez żadnych porad fachowców, medyków, mądrych książeczek i innej pożywki dla mas. To też pogłębiło moje poczucie własnej elitarności. Oczywiście - są ludzie, którzy sobie sami nie radzą ze swoimi sprawami i dobra rada im się przydaje, jednak ja znienawidziłem wszelkie "dobre rady". Spójrzmy: gdybym słuchał tych, którzy bez wątpienia chcą mojego dobra (a jak wiadomo - gdy ktoś chce naszego dobra, to to dobro musimy jak najmocniej przed tym kimś chronić), bylbym zapewne w połowie drogi do doktoratu, na ciepłej posadce na państwowej uczelni, mieszkając w Białymstoku z mamą, bez perspektyw na jakąkolwiek samodzielność. Dlatego jestem z siebie dumny, że nie skusiłem się na tę slodko-gorzką wegetację pod kloszem. Jestem dumny z tego, iż wyzwoliłem w sobie takie pokłady niezależności, że mogłem bez żadnego stresu zakotwiczyć na dłużej na drugim końcu Polski, zupełnie sam. I ten stan mi odpowiadał. Nikt mi nad uchem nie radził, nie mędrkowal, nie mówił, co dla mnie będzie lepsze. Oczywiście za wyjątkiem rozmów telefonicznych - ale redukcja nadopiekuńczości z 24/7 na kilkadziesiąt minut w tygodniu, a potem miesiącu to chyba jednak korzystny układ. Mam nadzieję, że moja Mama powoli zaczyna rozumieć, iż nigdy nie wrócę do Białegostoku na stalę i że nikomu nie pozwolę kontrolować swojego życia. I jeśli stan tego rozumienia będzie permanentny, nasze relacje będą nadal bardzo dobre. Oczywiście to idealistyczne marzenia - jednak nie zapominajmy kim jest autor. I wówczas, gdy żyłem w tym swoim prywatnym piekiełku, narzekając na fiiskalny terror socjalistów z Warszawy i Brukseli, jak na ironię poznałem kogoś wspaniałego. Oczywiście - tu rodzi się pytanie - czy gdybym nadal był postury Howlin' Wolfa, to moja luba zwróciłaby na mnie uwagę? Pewnie nie - gdyż pisząc do kogoś po raz pierwszy w internecie, zwykle nie ma na czym innym oprzeć swej oceny ex-ante, niż na fotografii delikwenta. Żyjmy jednak w slodkim przeświadczeniu o magii i przeznaczeniu. Wszak skórka się marszczy i tak dalej. W ostatecznym rozrachunku zostaje prawdziwa Miłość. O tak - nie pisałem tego slowa wielką literą od kilkuset tygodni, nieprawdaż? Ale sędzią w tej walce jest czas. Jak to się dalej ułoży? - arbiter życia odpowiedź da wkrótce. W obecnych miłych chwilach walczę za dwoje, bo pewnością siebie mogę obdzielić dwie połówki serca. I niech tak będzie z korzyścią dla Nas. A już za trzy tygodnie wspólny wyjazd w Bieszczady, potem niespodzianka urodzinowa. Mógłbym pisać jeszcze o wczorajszym koncercie Europe, o dzisiejszych wyborach, o Mundialu, ale to może kiedy indziej. Wszak planuje tu wrócić za mniej niz pięćdziesiąt dwa tygodnie - a pisać jest o czym!
Wygryzionym piórem naskrobał Kwaheri Mpenzi
skomentuj (3)
Lay by:
Blue
For:
Szablony_33